Bartłomiej Kolipiński – O Kryzysie planowania przestrzennego słów kilka

Bartłomiej Kolipiński

O Kryzysie planowania przestrzennego słów kilka

 

      Niedawno na wiacie przystankowej zauważyłem reklamę z zastanawiającym napisem: „Czy jest jeszcze coś, co nas łączy”. Nie miałem czasu sprawdzać, o co w niej chodziło, bo śpieszyłem się na dyskusję o projekcie specustawy mieszkaniowej. Po spotkaniu, w którym uczestniczyli deweloperzy, urbaniści i architekci, „zuchy miejskie”, prawnicy i ekonomiści – znałem odpowiedź na to reklamowe zapytanie: tym czymś jest planowanie urbanistyczne. Wszystkich połączyła zgoda co do tego, że ma się ono źle, a będzie jeszcze gorzej.
     Teza o kryzysie planowania przestrzennego i jego skutkach jest powtarzane od lat. Jak wielu? To zależy. W przypadku młodszego pokolenia – od momentu pojawienia się internetu, który jest dla nich cezurą wszelkiej wiedzy o przeszłości; my starsi mówimy o tym od zawsze, tylko czasem o tym zapominamy, np. kiedy głosimy hasło o przywróceniu ładu przestrzennego. A gdzież on i kiedy był? Chyba tylko w naszych marzeniach albo wspomnieniach z zagranicznych podróży.
    À propos ładu przestrzennego. Rozmowy o nim bardzo utrudniają niepohamowane ciągoty do jego definiowania. Uległ im także ustawodawca. Idę o zakład, że ustawowej, dwudziestoczterosłownej definicji ładu przestrzennego nikt nie jest w stanie zapamiętać, a więc jakby jej nie było. Dlatego proponuję definicję krótszą, dużo krótszą, do której mam pewne (dziedziczone) prawa autorskie. Otóż, ład to różnorodność uporządkowana. Tyle i tylko tyle! I dlatego w środowisku naukowym definicja ta przyjąć się nie może. Za krótka! Ale tu, w felietonie, czemu nie. Zwłaszcza że dobrze oddaje to, co chcę powiedzieć. Otóż, w Polsce ład przestrzenny mamy, tyle że niepełny, rzec można – połowiczny: w PRL mieliśmy uporządkowaną jednorodność (model koszarowy), teraz mamy nieuporządkowaną różnorodność (model Las Vegas).
     Powszechna zgoda, że mamy kryzys planowania przestrzennego, który obejmuje też jego symptomy. Rozrzucone wśród pól i pozbawione infrastruktury osiedla podmiejskie, drogi w miastach przegrodzone szlabanami, nowobogackie wille w sąsiedztwie ruder, kakofonię reklamową – to wszystko widać i czuć. O tym się pisze i mówi. Sporządza raporty i memoriały. Rozmawia na spotkaniach towarzyskich. Szacuje skalę niekontrolowanej urbanizacji i liczy tego koszty. Wszystko wiadomo. Z wyjątkiem jednego – co jest tego przyczyną. Jak to się stało, że spokojna, uporządkowana, a nawet nierzadko nudna przestrzeń stała się, używając literackiej metafory, krzykliwa a nawet wrzaskliwa.
   W ostatnim czasie pojawiło się kilka prac próbujących to wyjaśnić w sposób naukowy. W „Studiach Politycznych” (2017) Krzysztof Niedziałkowski zinterpretował kryzys planowania przestrzennego w Polsce przez pryzmat „nowego instytucjonalizmu”, czyli nurtu badań społecznych, zgłębiającego racjonalność zachowywania się instytucji. Publikacja ta może nas urbanistów napawać szczególnym rodzajem dumy. Po pierwsze, już sam fakt, że o „naszym” kryzysie pisze się w takim periodyku świadczy o jego naukowej nobilitacji. Po drugie, jak dowiódł autor (w czym, pochwalę się, trochę mu pomogłem), polityka przestrzenna w Polsce w procesie transformacji uległa nieznanemu we współczesnym świecie zjawisku, a mianowicie całkowitej deinstytucjonalizacji; wyzwoliła się spod kryterium jakiejkolwiek racjonalności i legitymizacji. Można więc rzec – przechodząc płynnie do drugiej pracy, o której chcę słów kilka powiedzieć – że polityka przestrzenna w Polsce stała się postracjonalna i płynnie ponowoczesna, cokolwiek to znaczy.
     Z tą drugą pracą mam trochę większy kłopot. Chodzi o to, że książka Joanny Kusiak Chaos Warszawa – porządki przestrzenne polskiego kapitalizmu (bo o niej tu mowa) jest tłumaczeniem jej doktoratu obronionego na Politechnice w Darmstadt, i jak na doktorat przystało, jest mocno podbudowana teoretycznie i metodologicznie. Tych podbudów jest tak wiele, że można się pogubić, zwłaszcza że wszystkie one mają (chyba?) jedną podbudowę ogólną: postmodernizm.
   Z postmodernizmem od samego początku miałem trudności natury poznawczej. Pomógł mi z tym problemem żyć esej Agnieszki Kołakowskiej Czy możliwa jest religia postmodernistyczna („Teologia Polityczna”, 2015), po którym definitywnie zrozumiałem, że nie będzie mi dane pojąć, co to jest ten postmodernizm. Dlatego czytelnikom książki Joanny Kusiak niebędących wyznawcami ponowoczesności proponuję darować sobie zgłębianie tych wszystkich „suwerennych znaczących”, które są zarazem „znaczącymi pustymi”; tych „słów kluczy i wytrychów”, „mapowań poznawczych”, „metodologicznych furtek” i „narracji o funkcjach maskujących wobec hybrydowych porządków”. Namawiam natomiast, żeby skupić się na tym, co w tej książce najważniejsze i najcenniejsze – atrakcyjnej opowieści o patologiach urbanizacji na przykładzie Białołęki i o reprywatyzacji nieruchomości w Warszawie. Opowieści, która skłania do refleksji i dyskusji, chociażby poprzez postawienie tezy, że chaos przestrzenny jest najlepiej zaprogramowanym elementem transformacji politycznej po 1989 roku i że stało się tak za sprawą globalnego kapitalizmu. Tezy, trzeba powiedzieć, bardzo odważnej, tym bardziej, że można się liczyć z jej poparciem przez wszelkiej maści populistyczne media.
   Trzecią pracą, którą chcę tu przywołać, jest pierwsza część powstającego raportu KPZK PAN pod wspólnym tytułem Studia nad chaosem przestrzennym. Autorzy, Adam Kowalewski i Maciej Nowak, w sposób bardzo erudycyjny i udokumentowany ukazują prawne uwarunkowania planowania i zagospodarowania przestrzennego i jednocześnie stawiają tezę, że przyczyną chaosu przestrzennego w Polsce jest złe prawo. Muszę powiedzieć, że ta diagnoza jest nieco zbyt ogólna, a nawet może trochę tautologiczna. W demokratycznym państwie prawnym wszystko bowiem, co się dzieje – dobrze i źle – w sferze publicznej jest wynikiem prawa. Ta reguła bywa jednak nadinterpretowana w ten sposób, że prawo czyni się odpowiedzialnym za źle pomyślane rozwiązania instytucjonalne i systemowe. Może pozwalam sobie za dużo, ale dopowiem: jak najbardziej prawny termin ratio legis nie może być, co do jego treści, domeną prawa. Kryzys planowania przestrzennego w Polsce, jak trafnie zauważył Janusz Sepioł, jest spowodowany brakiem koncepcji jego funkcjonowania w wymiarze aksjologicznym i prakseologicznym. Złe prawo jest tego pochodną, a nie przyczyną. Ale to temat na inną okazję.
    Praca Kowalewskiego i Nowaka dzięki tabelce z wykazem wszystkich kilkunastu ministrów „właściwych”, którzy reformowali planowanie po roku 1990, stanowiącej ilustrację tezy, że żadnemu z nich to się nie udało, pozwoliła mi wpaść na trop, jak myślę, ciekawej hipotezy wyjaśniającej kryzys planowania przestrzennego w Polsce. Wielu z nich znałem osobiście, a nawet niektórym doradzałem. Zacząłem się więc zastanawiać, co łączyło tych eksponentów wszystkich opcji politycznych rządzących w Polsce przez ostatnie blisko 30 lat. I w wyniku pobudzonej pamięci doszedłem do wniosku, że tym wspólnym mianownikiem ich myślenia o planowaniu przestrzennym i podejmowanych przez nich inicjatyw legislacyjnych była chęć ułatwienia inwestowania i pozyskiwania terenów budowlanych. I zacząłem zadawać sobie nieco filozoficzne pytania: Czy można tworzyć prawo w celu ułatwiania? Kto i gdzie powiedział, że ma być łatwiej? Czy coś, co jest łatwe, może być piękne? Zacząłem szukać odpowiedzi. Przewertowałem kupione w przecenie dzieło Monteskiusza O duchu praw – nie znalazłem. W Wikipedii pod hasłem „filozofia prawa” nic nie ma o ułatwianiu. Odwołałem się więc do mądrości ludowej: w powiedzeniu „miło, łatwo i przyjemnie” ewidentnie nie ma miejsca na „pięknie”.

 

Może więc czas zacząć w planowaniu przestrzennym utrudniać!

Warszawa, 2 lipca 2018 roku